Postanowiłam podzielić się z Wami swoją małą metamorfozę. Myślę, że wiele osób może być zaskoczonych moimi pięknymi efektami, które udało mi się wypracować w ciągu 20 tygodni. Na pewno chcielibyście od razu przejść do zdjęć i całej historii. Dlatego nie będę Was zatrzymywała. W takim razie zaczynamy! Muszę Wam się przyznać, że czuję się naprawdę dziwnie pisząc o swojej metamorfozie. Zaraz zobaczycie dlaczego. 🙂

Wszystko zaczęło się w dzień mamy bieżącego roku. W tamtym momencie nadeszła wielka zmiana w moim życiu. Tego dnia wiedziałam, że muszę zacząć pracować nad swoją sylwetką jeszcze bardziej niż dotychczas. Muszę zmienić swój jadłospis i sprawić, żeby był jeszcze zdrowszy i dawał mi więcej energii. Właśnie tego dnia zaczęłam eliminować wodę gazowaną i zastąpiłam ją niegazowaną. To nie było łatwe. Zawsze miałam problem z piciem wody, a już na pewno takiej zwykłej.

Mimo wielkich planów zdrowego odżywiania i trenowania wszystko się nagle zmieniło. Mijały dni, a ja nie mogłam patrzeć na jedzenie. Jedyną rzeczą, którą mogłam przełknąć był rosół. Litry wody “wlewałam” w siebie na siłę, a o aktywności fizycznej mogłam zapomnieć na jakiś czas. Jedyną rzeczą, którą mogłam robić całymi dniami było leżenie w łóżku i spanie. Zaliczyłam ostatni egzamin podczas sesji, a moje samopoczucie było coraz gorsze.

Na pewno wiele z Was domyśla się co tak bardzo zmieniło się w moim życiu.

Dokładnie w dzień mamy dowiedziałam się, że będę mamą. Oczywiście bardzo tego chciałam i strasznie się cieszyłam. Byliśmy w trakcie przeprowadzki do naszego własnego, pierwszego mieszania. Razem z moim partnerem byliśmy najszczęśliwszymi osobami na świecie. Mieliśmy świeżo urządzone, wymarzone mieszkanie w którym mieliśmy zacząć kolejny etap w naszym życiu. Nigdy nie spodziewałam się, że w tym cudownym okresie spotka mnie tyle nieszczęścia.

Po wielkiej euforii szczęścia umówiłam się na pierwszą wizytę do lekarza. Właśnie wtedy pierwszy raz w życiu poczułam jak to jest czuć strach, martwić się o zdrowie swojego maluszka. Kiedy ciąża została potwierdzona przez lekarkę, usłyszałam: “Niestety już powinno bić serce. Jednak w pani przypadku tego nie ma. Proszę zgłosić się za 7 dni na kontrolne USG. Miejmy nadzieję, że płód obudzi się do życia.”. Byłam załamana. To było 7 najgorszych dni w moim życiu (tak mi się wtedy wydawało). Nie wychodziłam z domu, całymi dniami płakałam, bałam się. Gdyby nie wsparcie mojego faceta, nie wiem czy byłabym w stanie zadbać sama o siebie przez te 7 dni. To on gotował mi obiady, głaskał po głowie, mówił, że będzie dobrze. Mimo tego, że sam strasznie się bał. Nikomu nie mówiliśmy o tym co przeżywamy.

Nadszedł dzień kolejnej wizyty. Udałam się do mojej lekarki i z wielkim strachem w oczach czekałam na te wymarzone bicie serce, które oczywiście pojawiło się! 🙂 Od tego dnia myślałam, że wszystko już będzie dobrze. Niestety tak nie było.

Nie minął tydzień, a ja dostałam pierwsze plamienie. Po konsultacji z panią doktor starałam się nie panikować, ale wiedziała, że jeżeli sytuacja się powtórzy mam natychmiast jechać do szpitala. I tak po 2 dniach odwiedziłam szpital w Opolu. Okazało się, że między kosmówką jest krwiak, który znacznie ją odwarstwia. Kolejny raz usłyszałam, że moja ciąża jest zagrożona. Na szczęście wypuścili mnie ze szpitala ale tylko dlatego, że panowała tam jakaś epidemia, a ja byłam strasznie osłabiona. Dostałam leki na powstrzymanie i zalecenie leżenia w łóżku, a w razie kolejnych problemu miałam natychmiast przyjechać do szpitala od razu z torbą.

Tak mijały kolejne dni, a ja leżałam w łóżku i nic nie mogłam robić. Zabroniono mi dosłownie wszystkiego. Każdego dnia patrzałam jak mój facet wraca po 12 godzinach pracy i gotuje dla mnie obiad, sprząta, robi pranie, a ja mogłam tylko leżeć, nie denerwować się i czytać książki. Było mi naprawdę ciężko. Czułam się strasznie. Chudłam w oczach. Nie mogłam zrozumieć DLACZEGO?

W końcu po 2 tygodniach udaliśmy się na kolejne usg. Usłyszałam wtedy, że kosmówka przykleiła się na miejsce, a krwiak po prostu zniknął. Chciałam płakać ze szczęścia. Myślałam, że wszystko co najgorsze jest już za nami. Niestety myliłam się. Zobaczyłam, że moja pani doktor zaczyna dokładnie oglądać płód. Znowu poczułam strach. W końcu usłyszałam, że na pępowinie maluszka znajduje się torbiel, który może być spowodowany wadami genetycznymi płodu. Moje życie znowu się zawaliło. Nie mogłam uwierzyć w to, że za każdym razem wychodzi coś nowego. Zostałam skierowana na badania prenatalne, które miały wykluczyć wady genetyczne. Kolejne dwa tygodnie żyłam w wielkim stresie. Przepłakałam mnóstwo godzin. Mimo pozytywnego nastawienia, że wszystko będzie ok. Zastanawiałam się co dalej. Przeżyłam koszmar do dnia w którym zadzwonił telefon i mogłam wstawić się do lekarza po odbiór wyników. Wszystko wyglądało dobrze! Badania nie potwierdziły wad genetycznych, a torbiel na pępowinie po prostu się wchłonął.

10 września przeszłam kolejny etap badani prenatalnych, który zakończył się pomyślnie. Moja córeczka waży już 330 gramów i rozwija się prawidłowo. Za 7 tygodni czeka nas ostatni etap badań prenatalnych. 🙂

Na pewno zastanawiacie się teraz jak wygląda moja sylwetka. Do tej pory w ciągu 20 tygodni przytyłam 3 kilogramy (liczę od swojej wagi startowej przed ciążą, ponieważ w I trymestrze chudłam). Nie wiem czy to dużo. Samopoczucie bywało lepsze, ale na pewno pierwszy trymestr był znacznie gorszy jeżeli chodzi o zgagę, wymioty i niestrawność. Niestety nie mogę prowadzić aktywnego trybu życia. Jedyną moją aktywnością są spacery i rozciąganie. O treningach z ciężarkami, skakance, bieganiu czy jeździe na rowerze muszę na razie zapomnieć. Mieliśmy w planach wakacje w Grecji ale ze względu na naszą córeczkę zrezygnowaliśmy i przełożyliśmy je na następny rok, wtedy wspólnie będziemy mogli cieszyć się wakacjami. Lekarka kazała oszczędzać się i dbać o siebie, a przede wszystkim o moją córkę, która w styczniu powinna pojawić się na świecie i tak też robię.

Oczywiście dochodzą mi teraz nowe obowiązki. Oprócz studiowania, prowadzenia bloga, poszerzenia jego działalności (o tym dowiecie się w kolejnej części wpisu), zajmowaniem się domem, już za 20 tygodni na świecie pojawi się nasz wyczekiwany maluszek. Na pewno nie będzie łatwo. Zwłaszcza, że jedni dziadkowie mieszkają od nas 550 kilometrów, a drudzy 100 kilometrów i wiem, że nie będziemy mogli liczyć na pomoc w zajmowaniu się naszą córcią.  Mimo wszystko wiem, że dam radę i znajdę na wszystko czas! Mam nadzieję, że o stycznia uda mi się udowodnić Wam, że dla chcącej osoby nie ma nic trudnego! 🙂

17 i 20 tc

Czy coś się zmieni na blogu?

Z racji tego, że blog to część mojego życia, chciałam się z Wami podzielić tą ważną wiadomością i zrobić coś, żebyście w pewnym sensie mogły uczestniczyć w tym szczęśliwym dla mnie momencie.

Na początku chciałam dodać nową kategorię dla mam na tym blogu. Jednak później stwierdziłam, że lepiej stworzyć coś nowego, gdzie będę mogła dzielić się z Wami przygotowaniami do wychowania swojego pierwszego dziecka, szykowaniem kącika dla maluszka, kolekcjonowaniem wyprawki, swoim życiem prywatnym. Jeżeli chciałybyście być na bieżąco ze mną, zapraszam Was na fanpage mojego osobistego bloga ===>  . Już niedługo blog zacznie działać. Nieważne czy jesteście mamą, będziesz mamą czy po prostu interesują Ciebie bardziej życiowe tematy, dołącz do mnie. Będziesz mogła zobaczyć na nowym blogu jak wracam po ciąży do formy, poznać mnie bliżej i zobaczyć jakie mam jeszcze hobby, jak żyje i jak przygotowuję się do najważniejszej roli w swoim życiu. Nie przeczytacie tam o zdrowym odżywianiu, sporcie. Przeczytacie o tym, co dla mnie ważne. Oczywiście posty nie będą pojawiały się tam tak często jak tutaj. Tips For Women to jest główny blog i tak zawsze pozostanie, a mój osobisty blog będzie taką piękniejszą stroną życia. Chciałabym, żebyście do mnie dołączyły bez względu na to czy jesteście mamami czy nie. Na nową stronę zostaniecie przeniesione po kliknięciu w obrazek na dole :).  Liczę na to, że będę mogła czasami zadać Wam Drogie Mamy jakieś ważne pytanie na które po prostu jako świeża, przyszła mama nie będę znała odpowiedzi. 🙂

W końcu mogłam podzielić się z Wami tą cudowną wiadomością. Powiem Wam szczerze, że bardzo długo z tym zwlekałam. Po prostu bałam się, że zapeszę. Do dnia dzisiejszego wie tylko moja najbliższa rodzina i kilka koleżanek. Od dzisiaj dowiedzą się wszyscy. TAK, BĘDĘ MAMĄ! Nie mogę się doczekać kiedy przytulę swoją córkę i powiem jej jak bardzo się o nią bałam. Kiedy poczułam pierwszy ruch mojej siłaczki, zdałam sobie sprawę z tego jakie to cudowne uczucie. Razem z moim partnerem czekamy na naszą córeczkę i chcemy się z Wami dzielić tymi przygotowaniami na naszym osobistym blogu. Chciałam Wam podziękować za to, że w chwilach załamania, kiedy na blogu nie pojawiały się żadne nowe posty nie opuściłyście mnie i nadal jesteście (teraz już z nami, nie ze mną). 🙂

Pozdrawiam,

Juliya