Przychodzę do Was z kolejną, motywującą metamorfozę. Tym razem bohaterką dzisiejszego wpisu jest mama dwóch szkrabów, która postanowiła spełnić swoje marzenie i dążyć do postawionego sobie celu. Mimo kilku porażek walczy dalej, zobaczcie same.

Przed ciążami ważyłam około 69 kg. Mam 177 cm wzrostu. Często spotykałam się z opinią,  że jestem “gruba”, powinnam schudnąć itp. Bardzo się tym przejmowałam, że nie umiałam się wziąć porządnie za siebie .Oczywiście próbowałam kilka razy. Raz schudłam do 60 kg ale niestety metodą głodówki – kilogramy wróciły z nawiązką w tempie expressu 🙂 .

Kiedy zaszłam w ciąże, wszyscy spekulowali jak bardzo utyje i jak beznadziejnie będę wyglądała (jakby to było najważniejsze). Utyłam …do 92 kg .

Po porodzie czułam się okropnie. Ważyłam 84 kg. W dodatku talia i plaski brzuch, które były zawsze moimi atutami po prostu zniknęły. Nigdy nie wyglądałam aż tak źle .Po około 6 tygodniach od porodu zaczęłam ćwiczyć i zdrowo się odżywiać.

Biegałam, ćwiczyłam  z Ewa ,Jillian ,Mel-B ,chodziłam na siłownię ,zajęcia fitness (np. body pump). Oczywiście miewałam doły i dni obżarstwa ,ale tym razem wracałam na właściwe tory .Nie porzucałam postanowień po upadku. Wstawałam i szlam dalej, a to wszystko dało bardzo dobre efekty.

Straciłam 20 kg w 7 miesięcy. Radość z figury trwała krótko. Kiedy córeczka miała 8 miesięcy dowiedziałam się, że jestem w drugiej ciąży. Mimo postanowień, że tym razem nie utyje jak prosiaczek, przytyłam 26 kg ! Waga pokazała znowu 90… Tym razem walka była gorsza. Cesarskie cięcie, utrata dużej ilości krwi, osłabienie,noworodek+ półtoraroczny dzidziuś. W dodatku kg w ogolę nie spadały .Zatrzymały się na 82.

Byłam totalnie zrozpaczona, bez sił na cokolwiek. Ale postanowiłam eis nie poddawać. Wykupiłam dietę z Bebio (Ewy Ch), zaczęłam chodzić na siłownię i zajęcia fitness .W pierwszym etapie, bo niestety po drodze upadlam – schudłam do 69 kg. Następnie porzuciłam dietę i ćwiczenia na prawie 2 miesiące. Samopoczucie spadło do zera ,zaczęłam objadać się i znowu utyłam do 74 kg . Wtedy stwierdziłam, że to totalnie bez sensu. Zmiany w nawykach  muszą być na stale, a nie na chwilę. Ćwiczenia muszą stać się normą w codziennym grafiku tak samo jak mycie zębów.

Przypomniałam sobie to cudowne uczucie dumy i energii po ćwiczeniach. to jak dobrze się czułam dbając o siebie i stwierdziłam, że nie chcę tak żyć, a chipsy i ciastka szczęścia mi nie dadzą.

Kolejny raz wykupiłam dietę. Aktualnie ćwiczę 5 -6 razy w tygodniu po 45-60 minut. Licznik pokazuje 67 kg. Jeszcze sporo pracy przede mną. Trochę kilogramów do zrzucenia i masa mięśni do zrobienia. Zmieniłam się, teraz ćwiczenia i dietę traktuję jak sposób na życie, a nie chwilową “męczarnię” .Wiem ze wytrwam i tym razem osiągnę sylwetkę o jakiej marzę.

Kochane, zostawcie kilka motywujących słów dla autorki metamorfozy. Ja trzymam za nią kciuki, z resztą za każdą  z Was trzymam! Mam nadzieję, ze ta przemiana zmotywuje Was do walki i udowodni Wam, że NIE MOŻNA poddawać się!

Pozdrawiam,

Juliya

Ps: Swoje metamorfozy możecie przesyłać na [email protected]